Tuszetia cz. II

Druga część wpisu o Tuszetii. Tutaj  część pierwsza. Tym razem trochę więcej o przygodach z końmi i mieszkańcach Tuszetii.

Nasze biedne szkapy

Noc spędziliśmy w wiosce Dartlo w namiotach nad rzeką Pirikitis Alazani. Wgłąb Tuszetii obmyśliliśmy udać się na końskich grzbietach. Z rana przywitaliśmy się z Dawidem, który miał towarzyszyć nam w dwudniowej wędrówce. Poprzedniego wieczora z jego bratem umówiliśmy przy kolacji wynajęcie czterech koni i przewodnika. Dawid w przeciwieństwie do swego nieco bardziej obrotnego brata niewiele mówił nawet po rosyjsku. Na popasach częstował miejscowym serem i czaczą (bimbrem z winogron), wznosząc przy tym jeden toast: Tuszeti, Poloneti – za wsieh”.

Konie dostarczone przez Dawida nie były najwyższej klasy. Nie był nawet przeciętne. Każdemu (oprócz dawidowego) coś dolegało. Jeden był niewiele większy od kuca, lecz niewielkie rozmiary nadrabiał ambicją, drugi sapał i rzęził jakby miał astmę, trzeci regularnie, co kilkadziesiąt metrów przystawał by wypuścić gazy, po czym kawałek kłusował, czwarty… był mocno autonomiczny (trudny do sterowania).  Cała wycieczka wydawała się z początku przyjemna, szlak biegł po szutrowej drodze wzdłuż rzeki, a szkapy jakoś pokonywały kolejne kilometry. Jako, że bagaże jechały z nami, plecaki przytroczone były po dwa do naszych koni. Dawid w ogóle nie zwracał uwagi, że bagaż konia obciera, jest zbyt ściśnięty lub przekrzywiony. Po drodze trzeba było co jakiś czas poprawiać załadunek, a na głębokie obtarcie nakleić opatrunek – przewodnikowi szkoda było czasu na takie drobiazgi i powtarzał cały czas „no problem”.

Kłopoty w terenie

Prawdziwa męczarnia zaczęła się dopiero przy podejściu na przełęcz z tysiącmetrowym przewyższeniem. Przed dobiciem targu i wynajęciem koni wielokrotnie dopytywaliśmy, czy pętlę, którą chcieliśmy pokonać da się przejechać w siodle. Wysokość była znaczna, ale na mapach OpenStreetMap zaznaczone były ścieżki, wydawało się to możliwe. Odpowiedź brzmiała zawsze pozytywnie – bez problemu, zrobicie to w dwa dni. Nie spodziewaliśmy się jednak, że przyjdzie przedzierać się górskim szlakiem po skałach nad urwiskami.

Konie traktowane były przez Dawida zupełnie jak narzędzia. To, że spocone zwierzę dyszało i charczało, nie robiło na nim wrażenia. Dość długo przyglądał się, jak walczymy z pokonaniem śliskich skałek, gdzie mój, najmniejszy, dzielny konik (co jakiś czas się wymienialiśmy) rozkraczył się, a ja stanąłem nad nim okrakiem. Po opanowaniu sytuacji zmusił konie do przejścia przez skały, ciągnąc bardzo mocno za uzdę.

Po chwilach grozy i podprowadzaniu koni pod górę udało się zdobyć przełęcz i zejść do noclegu przy jednej z kamiennych wiosek. Dawid nie miał żadnego sprzętu oprócz śpiwora i prowiantu w worku przytroczonym do jego konia. Odmówił spania razem w namiocie. Gdy jednak w nocy rozpętała się burza, poszedł do pobliskiej gospody. Bez słowa narzekania – „wsio normalna”. Widać, że mniejsza wrażliwość tyczy się nie tylko koni…

Nie piszę tego, aby potępiać Dawida za jego stosunek do zwierząt, tylko żeby pokazać jak bardzo różni się od naszego. Wiedząc wcześniej, jak to będzie wyglądało, na taką wycieczkę byśmy się drugi raz nie pisali. Nasze rzeczywistości znacznie się różnią – u nas mówi się w wieczornych wiadomościach o wykorzystywaniu koni wożących leniuchów nad Morskie Oko, na gruzińskiej prowincji przejmowanie się ich losem byłoby jak walczenie o prawa traktorów – tam koń musi na swoje utrzymanie zarobić.

Podobne perypetie miała ekipa Słowaka prowadzącego blog Trekking in Caucasus. U nich przygoda z końmi zakończyła się nieco gorzej niż u nas- o czym można poczytać tutaj.

Czeczeńskie ślady

Tuszetię zamieszkują głównie Tuszeńcy, ale związana jest z Czeczenią nie tylko przez bliskość geograficzną. Znaczna część zamieszkujących region pracuje lub pracowało w sąsiedniej republice. Nie do pominięcia są też Kistowie, czyli grupa etniczna czeczeńskiego pochodzenia. Uciekali w te rejony – głównie do wąwozu Pankisi – przed wojnami z carską Rosją w XIX wieku. Niedawno, w latach 90. XX wieku regionem wstrząsnęła kolejna fala migracji spowodowanych pierwszą i drugą wojną czeczeńską.

Kistowie przyjęli znaczną część kultury od Gruzinów, ich język z czasem zaczął różnić się od czeczeńskiego, a wyznawany islam sunnicki zyskał także specyficznych naleciałości. Nowoprzybyli często traktowali te rejony jako odpoczynek przed dalszą walką z Rosją, a różnice między Kistami i Czeczenami były źródłem konfliktów. Próbowali narzucić Kistom radykalną formę islamu, głosili powrót do „czystej”  religii, budowali swoje meczety z pomocą Arabii Saudyjskiej, rozkwitał handel bronią, narkotykami, ludźmi – do gry, aby przywrócić kontrolę nad regionem wkroczyło gruzińskie wojsko. Dopiero w 2004 roku w regionie zapanował względny spokój.

O tych wydarzeniach doskonale pisze Wojciech Jagielski w swej książce Wszystkie wojny Lary. „Wojciech Jagielski w błędnym kole świętej wojny. Podróż z Gruzji przez europejski raj do pogrążonej w wojnie domowej Syrii. Niezwykły reportaż o palących problemach XXI wieku.” – znak.com.pl

Pożegnanie z górami

Powrót tą samą drogą, którą przyjechaliśmy – przez przełęcz Abano – zajął kilka godzin. Oprócz naszej czwórki i kierowcy, w samochodzie jechał jeszcze jeden mężczyzna. W trakcie drogi kierowca zatrzymał się na zakręcie przy  tablicy upamiętniającej wizerunki czterech mężczyzn. Wpadli tam jakiś czas temu w przepaść. Pod tablicą znajdował się kawałek osłony chłodnicy toyoty, którą jechali, świeczki oraz szklaneczka i róg do picia zwisający na sznurku. Propozycja napicia się za zdrowie tych tragicznie umarłych (jeden z nich był kolegą z klasy naszego kierowcy) spotkała się z niemałą aprobatą. Nalaliśmy więc resztki czaczy z plastikowej butelki do rogu i po kolei (na szczęście bez kierowcy) wypili za zdrowie. W uznaniu za ten gest zostaliśmy później zaproszeni na piwo, panowie wyszukali i kupili nam domowe wino na wieczór, a odstawiając nas już dawno po zmroku nad rzeką, zostali jeszcze parę minut świecąc reflektorami samochodu, żebyśmy wygodnie rozłożyli namioty.

Część orszaku dziwnych koni – od lewej charczący niczym z astmą, koń regularnie puszczający gazy i mimowolnie po tym kłusujący, koń autonomiczny – szedł gdzie mu się podobało.
Podczas wspinaczki na przełęcz, po najniebezpieczniejszym etapie przejścia przez skały.
Widok poniżej przełęczy na drogę do pokonania.
na trudniejszych fragmentach trzeba było uważać zarówno na siebie jak i na zwierzęta.
Droga z przełęczy Abano do doliny Alazani, czyli opuszczając Tuszetię.
Droga jest dość uczęsczana, jako jedyne połączenie regionu z resztą kraju. Nie wszystkim udaje się ją bezpiecznie pokonać. Jedna z osób na tablicy kolega z klasy naszego kierowcy.
Loading map ...

2 thoughts on “Tuszetia cz. II

  1. Konie poza Europą generalnie są mniej wypieszczone niż u nas. Życie jest tam ciężkie zarówno dla ludzi, jak i zwierząt. Ale z taką sytuacją, żeby koń dosłownie rozkraczył się ze zmęczenia, nigdy się nie spotkałam 🙁

    W Gruzji ogólnie dużo zależy od tego, na jakiego właściciela koni (przewodnika) się trafi. Wybieram się do Tuszetii we wrześniu, właśnie konno, ale jestem szczęściarą, bo dysponuję sprawdzonym kontaktem.

    Pozdrawiam serdecznie!

    PS: Fajny blog 😉

    1. On się nie tyle rozkraczył ze zmęczenia (był jak przerośnięty kuc, ale miał sporo werwy), co chciał podejść po śliskiej skale i nogi się pod nim ugięły. Na powrót czy ominięcie przeszkody nie było miejsca i oboje nie wiedzieliśmy co zrobić. Dopiero po chwili udało się wycofać konia i przekazać przewodnikowi, który go… wziągnął za uzdę na górę.
      Z kolei koń – astmatyk faktycznie wyglądał na wykończonego i znaczną część trasy ktoś szedł po prostu przy nim.
      Z jakiej miejscowości startujesz? Masz już zaplanowaną trasę?
      Pozdrawiam

      ps: dzięki, miło słyszeć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *