Mongolia – do Ułan Bator

Przepaść pomiędzy Chinami i Mongolią widoczna jest już na przejściu granicznym. Opuściliśmy je po przekroczeniu szeregu bramek i przeskanowaniu bagażu, obserwowani przez dziesiątki kamer. Po stronie mongolskiej w powietrzu unosił się wyraźny zapach mleka, a mały rozgardiasz nabrał wyraźnych cech poradzieckich. Może gdyby Mongolia była faktycznie częścią ZSRR, a nie tylko od niego zależna, to na granicy szybciej by się zorientowano, co to takiego ta Polska.

Przygraniczne Dzamyn-Uud to mała osada na pustyni, po prostu wiocha w porównaniu do jego chińskiego odpowiednika. Plac wokół dworca z nieczynną fontanną i kilkoma sklepikami oraz nowoczesna hala dworcowa z darmowym wifi to wszystko czego można oczekiwać. Jesteśmy tu tylko dlatego, żeby złapać pociąg do Ułan Bator. Z rdzawego nieba kapały pojedyncze krople i sypał się piach, którym silny wiatr siekał po twarzy. Można było przynajmniej nadrobić zaległości w internecie – skończyła się w końcu chińska cenzura.

Około 700 km pokonujemy wygodną płackartą, wagonem sypialnym bez przedziałów. Przez okna przesuwa się o zmroku suchy, kamienisty krajobraz. Rano wszystko przykrywa cienka warstwa świeżego śniegu .

Ulaanbaatar

O stolicy Mongolii pisze się że jest najbrzydszą stolicą na świecie. Nie wiem czy można posuwać się aż tak daleko, ale powodów do zachwytu jest tu faktycznie niewiele. Centralny plac z pseudonowoczesnym, pseudostylowym pałacem i pomnikiem Czyngis Chana otoczony blokowiskami i jurtami. Aleja Pokoju, główna ulica miasta z kilkoma bardziej reprezentatywnymi jak na to miasto budynkami stoi niemiłosiernie zatłoczona. Całe miasto jest niewydolne komunikacyjnie, zatkane przez kopcące samochody i jeszcze bardziej kopcące stare autobusy Daewoo. Trolejbusy niewiele pomagają, a raczej tamują ruch tak, że nie sposób przecisnąć się na rowerze. Kierowcy ogólnie nie za bardzo są przyzwyczajeni do takiego zjawiska jak rowerzysta na drodze, więc co jakiś czas dochodzi do gwałtownej wymiany kilku słów – każdy w swoim języku.

Ułan Bator wygląda znośnie w ostrym świetle. Obdrapane budynki, błotniste boczne drogi, czy walące się płoty w dzielnicach jurtowych nie wydają się wtedy tak bardzo przygnębiające. Dodatkowo miasto jest długie, a wąskie, wciśnięte w dolinę i mocno rozciągnięte, więc nawet z głównego Placu Czyngis Chana widać góry – w maju częściowo przyprószone śniegiem. I to jest właśnie to, po co się tutaj przyjeżdża – załatwić formalności, zrobić zapasy i uciec w bezkres stepu, który zaczyna się tuż za rogatkami miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *